Nie czuję się kobietą i nie mam nic wspólnego z kobiecością. Jeszcze kilka lat temu to stwierdzenie brzmiało niewinnie i niegroźnie, bo przecież byłam dziewczyną, a nie reprezentantką kobiet. Ale teraz mam 21 lat i czuję, że moje dojrzewanie albo już się zakończyło, albo właśnie dobiega końca. Skoro do tej pory nie objawiła się u mnie tzw. kobiecość, to niewątpliwie coś jest ze mną nie tak. Nie posiadam kobiecych zainteresowań, odrzuca mnie od babskich spraw, nie rozumiem przedstawicielek płci żeńskiej i nie podzielam ich punktu widzenia. Częściej zgadzam się z opiniami, poglądami i teoriami wygłaszanymi przez facetów niż przez niewiasty.
W sukience i w kolorowym makijażu czuję się bardziej przebrana niż ubrana. Nigdy nie wychodzę z domu umalowana i odziana w ewidentnie kobiece ciuchy, bo boję się, że gdybym tak zrobiła, to wszyscy przechodnie gapiliby się na mnie jak na pstrokatego cudaka. Poza tym, w takim “kostiumie” czułabym się dziwnie, nienaturalnie i nieswojo. Nigdy nie interesowałam się modą, urodą, fabułą miłosną itp. Gdy przeglądam kobiece czasopisma i portale internetowe, wytrzeszczam oczy ze zdumienia, a potem myślę z niesmakiem: “Jak baby mogą się zajmować takimi pierdołami, kiedy Ojczyzna znajduje się w potrzebie i należy zabiegać o jej ocalenie?! Wszyscy, bez wyjątku, muszą służyć Polsce! Nie ma, że boli!”.
O osobach płci żeńskiej zawsze myślę “one” - nigdy “my”. Mam antyfeministyczne, patriarchalistyczne i maskulistyczne poglądy, a gdy dochodzi do różnorakich sporów między kobietami i mężczyznami, opowiadam się po stronie tych drugich. Najczęściej chodzę w prostych bluzkach, koszulach, swetrach, golfach, spodniach lub długich, lekkich, zwiewnych spódnicach (te ostatnie są bardzo wygodne i nie krępują nóg - zupełnie jak spodnie). Nigdy w życiu nie sięgnęłabym po buty na obcasach. Nie dałabym się również namówić na odzież podkreślającą kobiecość. Stanik powiększający biust, gorset, krótka spódniczka, top, przezroczysta bluzeczka - oto ubrania, których nie założyłabym nawet dla pieniędzy.
“Chyba miałaś być chłopakiem”
Pamiętam, że jako małe dziecko miewałam specyficzne fanaberie: przykładowo, uważałam się za chłopaka i nie chciałam uznać swojej dziewczęcej tożsamości. W przedszkolu wolałam robić to, co chłopcy (któregoś dnia przedszkolanka kazała dziewczynkom przygotować pracę plastyczną z wykorzystaniem kaszy manny, a chłopakom - z wykorzystaniem drewnianych wiór pochodzących z zastruganych kredek. Ja, oczywiście, buntowałam się przeciwko kaszy i wolałam wióry). Później, w młodszych klasach podstawówki, tragedią było dla mnie zakładanie spódniczki na uroczystości szkolne.
Jeśli chodzi o zabawki, to zawsze lubiłam prowizoryczne miecze, pistolety i “różdżki” o zastosowaniu bojowym. Moją najcenniejszą “bronią” była proca, wykonana przez dziadka specjalnie dla mnie. Nigdy nie stroniłam od przeskakiwania przez płoty. Co do kreskówek i seriali, najchętniej oglądałam te, które były wypełnione sensacją, agresją i dynamiką. W wieku dziewięciu lat założyłam klub “Ochotnicze Superbohaterki”, który promował takie wartości, jak honor, sprawiedliwość, odwaga, waleczność, wytrwałość czy wierność chrześcijaństwu. Hasła tej podwórkowej organizacji brzmiały: “Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi” i “Nigdy się nie poddamy”.
Gdy bawiłam się ze swoim kuzynostwem, moja babcia śmiała się ze mnie: “Natalka, ty chyba miałaś być chłopakiem!” (co to były za zabawy? Chyba jakieś pościgi i strzelaniny). Jakby tego było mało, uwielbiałam komputerowe gry-bijatyki, a w szkole często wdawałam się w bójki, przepychanki oraz szarpaniny. Jako osoba dwunasto- lub trzynastoletnia zdradziłam komuś na czacie, że źle się czuję w żeńskim ciele i że najchętniej zmieniłabym płeć. Gazetowe testy na płeć mózgu, które rozwiązywałam w starszych klasach SP i w gimnazjum, jednoznacznie wskazywały na chłopięcą umysłowość/psychikę. Obecnie miewam podobne wyniki, aczkolwiek z anglojęzycznego testu SAGE wyszła mi androgynia oraz skłonności do crossdresingu K/M.
Gimnazjalne koleżanki zarzucały mi, że chodzę i siedzę jak chłopak, mam szerokie ramiona, nie posiadam kobiecych kształtów i w ogóle jestem babochłopem. Nie rozumiałam, jak moje znajome mogą lubić się stroić, skąpo ubierać, chodzić na randki etc. Co się tyczy konfliktów, częściej zdarzały mi się kłótnie i nieporozumienia z dziewczętami niż z chłopakami. Jedyna kumpelka, jaką posiadałam, była totalną chłopczycą (pod względem wyglądu, zachowania i stylu życia). W wieku 14 lat pisałam opowiadania o wojnie w Iraku, aczkolwiek były to utwory o charakterze antywojennym.
To aseksualizm! Koniec, kropka!
Kiedy miałam 15-16 lat, ostatecznie wybrnęłam z kłopotu, stwierdzając rzecz następującą: “Nie czuję się dziewczyną, ale też nie jestem chłopakiem. Nie odczuwam potrzeby, żeby utworzyć z kimkolwiek związek. Nie lubię fizycznej czułości, gardzę nagością, seksem i erotyką. Wniosek? Jestem bezpłciowa. Jestem aseksualna. Jestem poza (lub ponad) tym wszystkim. Problem przezwyciężony, temat zamknięty”. Było to rozwiązanie proste, błyskotliwe, wiarygodne i łatwe do przełknięcia - zarówno dla mnie, jak i dla reszty społeczeństwa. A trzeba podkreślić, że w tamtych czasach (i jeszcze do niedawna) byłam bardzo konserwatywna, więc autodiagnozy typu “jestem transseksualistką” wydawały mi się niemożliwe do zaakceptowania.
Kiedy byłam dzieckiem, dostrzegałam sporo cech łączących mnie z innymi przedstawicielkami płci słabej. Teraz, gdy jestem dorosłą panią, nie widzę żadnego podobieństwa między mną a innymi kobietami. Z logicznego punktu widzenia, wraz z upływem czasu powinnam stawać się coraz bardziej kobieca. Jest jednak odwrotnie. Im więcej mam lat, tym większa przepaść oddziela mnie od pozostałych osób płci żeńskiej. Boyd Rice napisał kiedyś: “Nie jestem tolerancyjną osobą. Faktycznie z każdym dniem staję się coraz bardziej nietolerancyjny. (…) Tak jak moja tolerancja się zmniejsza, tak ich liczba wydaje się zwiększać”. Ja zaś mogę napisać: “Nie jestem kobiecą kobietą. Faktycznie z każdym rokiem staję się coraz mniej kobieca. (…) Tak jak ich kobiecość się rozwija, tak moja wydaje się zwijać”.
W Internecie otrzymuję czasem komentarze, z których wynika, że mogę być mężczyzną podszywającym się pod kobietę. Kilka razy trafiły się wypowiedzi, których autorzy dowodzili, że cierpię z powodu nieuświadomionego (podświadomego?) transseksualizmu. Naturalnie, tego typu sugestie bardzo mnie kiedyś bulwersowały. Myślałam wówczas: “Jak ja, skrajnie prawicowa konserwatystka, mogę być transpłciowa?! Nie jestem żadnym transem. Po prostu należę do osób aseksualnych. Każdy głupi wie, że aseksualny znaczy bezpłciowy”. Z drugiej strony, zdarzało mi się czytać artykuły na temat rozbieżności między płcią biologiczną a psychiczną. Lekturze takich tekstów zawsze towarzyszyły refleksje typu: “A może…?”. Mało tego. Bywało, że w chwilach słabości przychodziła mi do głowy myśl: “Kurczę, ja chyba rzeczywiście jestem transseksualna!”. Nietrudno odgadnąć, że natychmiast usuwałam takie hipotezy ze swojego umysłu.
Marzenie o burce
Większość moich znajomych to mężczyźni, bo tylko z nimi jestem w stanie się porozumieć. Nie przypominam sobie żadnej fascynującej znajomości ani pasjonującej dyskusji z dziewczyną/kobietą. Przez 3,5 roku obracałam się w środowisku narodowych radykałów, w którym przeważają reprezentanci płci silnej. Świetnie się z nimi dogadywałam, gdyż łączyła nas wspólnota poglądów i upodobań. Rozmówczynie irytują mnie o wiele szybciej niż rozmówcy. Jedyne kobiety, z którymi dobrze mi się gawędzi, to te, które mają męskie zainteresowania i sporo męskich cech. Najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałam? Trudno mi wskazać jeden, najlepszy. Wiem tylko tyle, że cieszą mnie wszelkie porównania do faceta. Zwłaszcza te, których autorami są osoby płci męskiej.
Jeśli chodzi o obelgi, to najbardziej oburza mnie fraza “jesteś kobieca/dziewczęca”. Oczywiście, bardzo rzadko otrzymuję takie komunikaty, ale nie mogę powiedzieć, że się one nie zdarzają. Gdy dociera do mnie opinia, że jestem kobieca/dziewczęca, zastanawiam się: “Jaki popełniłam błąd? Czy naprawdę nie widać, że nie chcę, aby patrzono na mnie jak na kobietę/dziewczynę? Że nie chcę być traktowana jak przedstawicielka tej płci? Noszenie luźnych (lub grubych) ubrań, neutralne zachowanie, prosta fryzura i brak makijażu nie wystarczają? Może już czas założyć burkę, czyli muzułmański strój, zaprojektowany w celu ukrycia kobiecości?”. Mam bardzo małe piersi, lecz dla mnie i tak są one zbyt duże (wolałabym być płaska jak deska). Posiadam również wąskie biodra oraz niezbyt kobiecy charakter pisma.
Kiedy ktoś mnie podrywa, przeżywam dyskomfort i upokorzenie, zatem unikam miejsc, w których mogłoby mnie to spotkać. Nie chodzę na dyskoteki ani na plażę, bo tam zwracano by uwagę na moją cielesność (fizyczną kobiecość). Mentalność mam dosyć męską, albowiem już w gimnazjum, kiedy rozmawiałam z mamą o przypadku zgwałcenia prostytutki, rodzicielka powiedziała do mnie: “Natalka, ty czasem mówisz jak chłop!”. Niedawno dowiedziałam się, że posiadam męską manierę związaną z witaniem krewnych: zwrot powitalny, wyciągnięcie ręki i nic więcej. Całowanie i przytulanie to dla mnie koszmar. Dysponuję wysokim i delikatnym głosem, jednak mój sposób mówienia i ton wypowiedzi zupełnie do niego nie pasują.
Solidarna z mężczyznami
Nienawidzę babskich stacji telewizyjnych, reklam adresowanych do kobiet oraz utworów literackich klasyfikowanych jako kobiece. Nie jestem opiekuńcza, wylewna, łagodna, empatyczna, dyplomatyczna ani pacyfistyczna. Zawsze miałam pogardliwy stosunek do własnego ciała, a zwłaszcza do tego, co wiąże się z płcią biologiczną. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które lamentowały z powodu sterylizacji lub utraty płodności. Kiedy słuchałam (w telewizji) zwierzeń takich pań, myślałam z wyższością: “Ja bym się tym nie przejęła. W ogóle bym tego nie odczuła. Po co mi sprawny układ rozrodczy, skoro i tak nie będę z niego korzystać? Szczerze mówiąc, ucieszyłabym się, gdybym przeżyła coś takiego, jak te kobiety. Gdybym padła ofiarą napaści seksualnej, nie zaszłabym w ciążę i miałabym święty spokój”.
Lubię - oczywiście, w granicach rozsądku - antyfeministyczne dowcipy i demotywatory. Wyzwalają one we mnie reakcje typu: “Tak, właśnie takie są baby! Jak to dobrze, że ja jestem inna. Na mnie faceci nie muszą narzekać”. Z drugiej strony, bardzo mnie drażnią żarty feministyczne, androfobiczne i matriarchalistyczne. Zdarza się, że gdy obserwuję jakąś niewiastę, zastanawiam się, co o jej zachowaniu, postępowaniu lub powierzchowności powiedziałby mężczyzna. Gdy dowiaduję się o konflikcie, do którego doszło między partnerem a partnerką, rozsądniejsza wydaje mi się wersja wydarzeń przedstawiana przez faceta. Niektórzy twierdzą, że mam męski sposób pisania i stosuję ewidentnie męskie sformułowania.
Moi ulubieni bohaterowie literaccy - od Konrada z III części “Dziadów” aż po Winstona Smitha z “Roku 1984” - są płci męskiej. Nie potrafię solidaryzować się z postaciami-kobietami. Łzy rozczulenia, np. w sytuacjach rodzinnych, zawsze jawiły mi się jako haniebny akt słabości. Cenię sobie bezpośredniość, jednoznaczność i komunikatywność: zawsze muszę mieć wszystko “podane na tacy”. Nie posiadam tego czegoś, co bywa nazywane kobiecym wdziękiem i urokiem osobistym. O zalotności, kokieterii czy subtelności nawet nie wspomnę. Nowe ubrania kupuję tylko wtedy, gdy jest to konieczne (bo brakuje mi czegoś na zmianę albo stary strój uległ zniszczeniu). Nie zakładam apaszek, opasek, spinek ani innych zbędnych dodatków. Zamiast damskich torebek, których nie znoszę, wybieram plecaki i sportowe torby.
Podróż do nieświadomości
Jeśli się okaże, że faktycznie jestem transseksualistką, to będzie to wstrząs dwudziestolecia. Dlaczego właściwie o tym piszę? Bo przez lata przekonywałam bliźnich, że jestem aseksualistką i szczerze wierzyłam w swój aseksualizm. Obecnie zastanawiam się, czy moja aseksualność nie jest - że tak powiem - zakamuflowaną opcją męską. Czuję, że mam obowiązek poinformować o tym swoich Czytelników. Cóż, pragnę być uczciwa wobec siebie i innych ludzi. No i szukam odpowiedzi na pytania: “Czy w wieku 15-16 lat nie popełniłam błędu? Czy nie poszłam na łatwiznę, szufladkując się jako osoba bezpłciowa? Czy nie okłamałam samej siebie? Czy nie uciekłam od swojego kłopotu?”.
Internauci zawsze pisali, że mój aseksualizm jest jakiś dziwny i że może być zasłoną dla czegoś zupełnie innego. Fakty z mojego życia, które przytoczyłam w poprzednich akapitach, są zwykłymi błahostkami. Lecz takich drobiazgów jest naprawdę wiele. One wszystkie, połączone w jedną całość, tworzą ciekawy, acz szokujący obraz mojej osoby. Czy to możliwe, że jestem facetem uwięzionym w damskim ciele, ale brak akceptacji dla takiego stanu rzeczy spowodował, iż uznałam się za aseksualistkę? Czy przypadłość, którą u siebie odkryłam, nie jest właśnie wypartym ze świadomości transseksualizmem? Czy uwierzyłam w swój aseksualizm z takiej prostej przyczyny, że jest on bardziej “strawny” od transpłciowości?
Ktoś może spytać, dlaczego miałabym wmawiać sobie aseksualność oraz spychać do nieświadomości prawdziwe źródło problemu. Otóż dlatego, że kiedyś byłam ortodoksyjną katoliczką. Później wprawdzie przestałam wierzyć w Boga, ale przyjęłam radykalnie prawicowy światopogląd, który narzucał mi sztywne zasady moralne i skonkretyzowaną wizję rzeczywistości. Skrajna prawica to ogromne wymagania nie tylko wobec otoczenia, ale także wobec własnej osoby. Obecnie mam poglądy narodowo-lewicowe (stworzyłam ideologię zwaną Narodową SocjalDemokracją), więc zmieniło się moje spojrzenie na siebie, świat i rozmaite zjawiska społeczne. Skoro straciłam 80-90 proc. dawnych przekonań i podważyłam swoją tożsamość polityczną, to prędzej czy później musiałam zacząć się zastanawiać nad bardziej intymnymi (czytaj: niewygodnymi dla mnie samej) kwestiami.
No, więc jak to ze mną jest? Cierpię z powodu transseksualizmu, czy nie? Chcę znać prawdę na własny temat, niezależnie od tego, jak bardzo jest przerażająca. Jeśli rzeczywiście jestem transem, to pragnę zwrócić się do ludzkości słowami z wiersza Mirona Białoszewskiego: “Nie każcie mi już niczym więcej być! Nareszcie spokój”.
Natalia Julia Nowak,
18-21 kwietnia 2012 r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz