sobota, 22 września 2012







Życie emeryta może być intensywnie twórcze

Autorem artykułu jest AROKIS

Jestem emerytem od początku 2001 roku. Emerytura wcześniejsza nieco, ale jednak. To powoduje, że kontakt mój z ludźmi z tego przedziału czasu jakby zacieśnił się i zbliżył. Że wspomnę te wielogodzinne rozmowo-zwierzenio-narzekanio-wypróżnienio- spotkania np. w Poczekalni Przychodni Lekarskiej w…
O, nie! - Powiedzmy gdziekolwiek.
          Za zorganizowanie tych spotkań dziękuję bardzo Służbie Zdrowia RP oraz Posłankom i Posłom i Ministerstwu Tak Zwanego Zdrowia Publicznego oraz stworom NFZ, że tak skutecznie pozwalają eliminować jednostki napastliwe, nerwowe i psujące harmonię w miejscach oczekiwania w Przychodniach przyszłych pacjentów, którzy - by nimi zostać - mają przyjemność spotykać się wielokrotnie w różnych, kurnia, poczekalniach Służby Dla Oczekiwania Zdrowia.
          Tam właśnie, przed rozmową z lekarzem jedynego – czasem ostatniego niestety – kontaktu odbywają się dysputy odkrywające często wręcz odkrywcze panacea na dziś, jutro i pojutrze naszego bytu. To tam dowiedzieć się można w sposób absolutnie pewny, kto jest kto, czyli kto jest białe, bo jest białe, a kto jest czarne, bo nie jest białe i „dlaczego tego nie rozumiesz, ty moherowy chamie”. To tam doświadczenie przemawia do rozsądku. Na tych twardych krzesełkach jest kuźnia Narodowej Mądrości i istoty polityki wewnętrznej oraz zagranicznej Państwa Polskiego, jaką ona winna być! Tam powinni się edukować przyszli pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych I Nie Tylko. Szkoda jednak, że młodzi tak mało potrzebują w bywać Przychodniach, a dla dzieci jest oddzielne wejście i to  pod kuratelą matek. Za każdym, coraz-to częstszym pobytem tamże, wynoszę ze sobą wiedzę tak obfitą, że mogę ją porównać jedynie do cystern pomyj, którymi wykarmić można było by setki świnek, by nie importować wieprzowiny z Niemiec i innych prawie ościennych, a podobno zaprzyjaźnionych krajów. Ci starcy - no grubo ode mnie starsi, bo co najmniej 5-7 lat - więc ci starcy, a zwłaszcza staruszki, ofiarowywali mi bezpłatnie pełną wiedzę na temat tego, co powinny np. zrobić służby specjalnie tajne, by znów zapanował porządek, dobrobyt, zaufanie, „wicie rozumicie” i spokój, a ich renty czy emerytury żeby wreszcie przekroczyły 1500 zł, a nie oscylowały około 600-800 czy mniej. Tam nadal jest żywym podział na „my i uni”. Z tym, że uni nie koreluje się Unią Europejską, a raczej wręcz odwrotnie. Otchłań mądrości życiowej (nie mylić z rzycią, choć odległość pomiędzy nią, a mózgiem to tylko około pół metra).
          I te pobyty pozwoliły mi usłyszeć takie wymiany myśli, takie zwierzenia i rady, że napisałem poniższy wierszyk. Jego czas umieściłem (domyślnie) na ławce w parku i do dziś nie wiem, dlaczego nie jest to jednak poczekalnia w Przychodni.
SPOTKANIE  DWÓCH  EMERYTÓW 
 Walduś – Halo! Chyba mi się śni!
                Józuś, to ty?
 Józuś  - No nie! Gdzie ja mam oczy?!
              Aleś mnie, Walduś zaskoczył.
              Ty w parku, tu?
              How are you?
W – Still alive, Józuś. Żyję na złość wrogom.
  J – Eeee tam. Większość już pewnie zdechła…
W – Ale niektórzy jeszcze żyć mogą.
 J – Niedługo. I pójdą do piekła.
      Chodź usiądziemy. Bolą mnie gnaty
      Odkąd wylazłem z chaty.
W – Bo się pogoda zmieni.
      Na zmianę tak mnie drą stawy…
      A ci lekarze, pieprzeni,
      Nic, tylko mają obawy.
      A jak twoje zdrowie?
 J – Nie jest najgorzej, że tak powiem.
      Mam zdrowy żołądek, prostatę i nie mam raka,
      A jak chcę lać, nie muszę szukać siusiaka…
W – Strasznie cię dawno nie widziałem…
 J – Bo mówię właśnie – w szpitalu leżałem.
      Trzymali mnie ponad pół roku.
      Z łóżka ani kroku!
W – Ojej! A co ci było?
 J – Wszystko mnie w środku nawaliło:
      Oczy, jelita, serce, ciśnienie…
W – To powiedz, Józuś, co ci w końcu było?
 J – He, He! Nie wiedzą doktory
      Na co, kurczę, umarł chory.
       Ale cztery renty się zaoszczędziło…
W – Pół roku… Nie wiesz, na co… To poważna sprawa…
  J – Walduś! O co ta wrzawa?!
       Za miesiąc się znów położę
       Na jakie pół roku, daj Boże.
       Odpocznę od żony, od domu…
       Tylko nic nie mów nikomu.
       A przy okazji renty przyoszczędzę –
       Trzeba jakoś przeżyć tę nędzę.
       Ale ja tu o sobie,
       A pogadajmy o tobie.
 W – Ja tylko by-pass’y zrobiłem
        I zęby sobie wprawiłem.
        A trochę z nudów i zgryzoty
        Nająłem się do roboty.
        Nie dość, że robię na czarno,
        To i stawkę mam marną.
  J – To, co to za fucha pieprzona?!
W – Jestem nocna ochrona.
       Pilnuję takiej jednej bramy.
 J – A co za  bramą?
W – Teren nieznany.
       A jak mi parę groszy wleci,
       To je zanoszę do dzieci.
 J – To nic sobie nie kupisz?
W – Nic.
 J – Toś ty, chłopie, chyba głupi!
      Myślę – twa przyszłość finansowa
      Jak nic, tylko chorować.
      Ja za chorowanie
      Wykupiłem mieszkanie:
      Kuchnia, dwa pokoje.-
      Żadnej choroby się nie boję.
      Leżę, a karmi mnie szpital lub dzieci!
      A renta leci.
      Zrozum, przyjacielu,
      A tych masz już niewielu,
      Że twoją pozycję w tym kraju
      Choroby oznaczają!
W - O czym ty mówisz? Jaka pozycja?
      U nas to wieńcówka, kupka i prohibicja.
       A za to, co ci ZUS płaci
       Kup se i włóż pampersa do gaci!
       A potem idź i odwiedź groby.
 J – Eeee, wiesz, na to są różne sposoby.
      Ja na pracę nie mam czasu: przez całą dobę
      Biegam po lekarzach i załatwiam se chorobę.
      Zobaczysz, jak jest przyjemnie, gdy chorujesz.
      Na własnym portfelu to odczujesz.
      Zaczniesz szukać se choroby
      To ci wyjdą ze łba zajoby.
W – Tak mi radzisz?
 J – No.
W – W moim wieku na pewno mi coś jest…
       Człowieku!
       Mam pomysł: jutro o tej porze
       Do łóżka się położę,
       Rodzinę usadzę we głowie
       I wezwę pogotowie.
       Nie oprze się lekarz rodzinnemu parciu,
      Że ja, znaczy tatuś, jestem na wymarciu.
      Jak wytrzymam ze trzydzieści dni,
      To chorobowe z pracy wypłacą mi.
 J – Nareszcie myślisz jak ta lala.
      Kombinuj tak dalej, a trafisz do szpitala.
      Ale scyzoryka
      Na początku unikaj,
      Bo jak doktorom brak wiedzy doskwiera,
      To nic tylko zaraz nóż i siekiera.
      Pamiętaj: z godnością chorujesz
      I swoje warunki dyktujesz.
W – Mów mnie tak, Józuś, mów,
       A nie będę więcej zdrów.
       Wiesz, coś mi w środku pulsuje,
       Trochę tłucze i może kłuje,
       W głowie mi się kołuje…
       No, chyba zwymiotuję.
       I czuję bardzo dobrze,
       Że jest mi raczej niedobrze…
       Ale ja jestem chory! O rany!
 J – O to chodzi, o to chodzi, kochany.
      Więcej ci nie pomogę.
      Wybrałeś słuszną drogę.
       Ja, zadzieram kiecę
      I do przychodni lecę.
      Idę tam do jednego lekarza –
      (Nie będę się wyrażał)
      Trochę bierze i nie leczy.
      Ale pisze!– Różne rzeczy…
       Numerek ci zamówić?
W – Nie. Nie musisz się trudzić.
       W szpitalu jest dyżur ostry.
       Zgłoszę się tam do siostry.
 J – No, to hej, stary!
        Do zobaczyska!
W – Trzymaj się. Daj pyska.
         I zapamiętaj, emerycie:
         Szpital – to twe godne życie!
                                                              04.05.2005 r.
                                                                   0502
---

                                                        ANDRZEJ  AROKIS
                                      www.domowezwierzadko.blogspot.com
                                              kwatermistrz@poczta.onet.eu

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl
szybka pożyczka